(M. Merleau-Ponty) Czy podkreślimy to słowami Platona czy Merleau-Ponty’ego, widzialność widzialnego nie może, z definicji, być widoczna bardziej niż diafania światła. (J. Derrida)
Dzieło sztuki, innymi słowy generator impresji, mówiąc zaś metaforycznie, syjamskie rodzeństwo mające dwóch rodziców, obiekt artystyczny, gdy brać pod uwagę twórcę, a zarazem obiekt estetyczny, gdy uwzględnić jego użytkownika, słowem, istność o janusowym obliczu.
Coś zagadkowego jest zawsze w dziele, coś, co nie pozwala zdać sprawy do końca, zarówno artyście, jak i rypientowi, z wszelkich przyczyn, dla jakich dzieło to w całości i w szczegółach jest takie a nie inne. Powiedziałbym, gdy chodzi na przykład o malunek, że rozkład wartości pikturalnych, zbiór wartości spektakularnych w ostatecznym rozrachunku z racji, które kryją się za nimi, mają źródła je ne sais pas quoi, i to rzecz badając od strony artysty, a zwłaszcza od strony rypienta, na szczęście albo na nieszczęście. Dajmy na to, że wizytując kolektywną lub indywidualną ekspozycję mam ochotę wynieść do domu (czytaj: ukraść) jeden z eksponatów. Dlaczego? Odpowiedź prosta: owa ochota jest świadectwem, że artysta nie pozostawia mnie nieczułym na swoje dzieło, że jestem mu wdzięczny za doznania wzbudzone tym oto malowidłem, że jego samego oceniam wysoko. Dlaczego to oto malowidło, ten oto rysunek mnie się podobają? Odpowiedź niełatwa: „Nie wiem co” dokładnie, do końca sprawia, że ten oto układ barwnych plam, ten oto bieg linii, na tym oto podkładzie (szkło, deska, tynk, płótno, karton) przyciągają moje oko, zadowalają mój umysł. To ta fascynacja powoduje, że nie muszę wiedzieć, wystarczy cieszyć się z tego.
Co ukradłbym Mici? Choćby to płótno, które zawiesiłbym — gdybym miał dwupoziomowe mieszkanie — przy wewnętrznych schodach, po to, by przez nie przechodząc stykać się z nim w ruchu, powodującym zmianę miejsca, z którego patrzę, a więc i perspektywę, w której ramach widać malarską kompozycję, na ostatek światło, które uwidacznia go. Powieszone gdzie indziej malowidło
wtapia się w ścianę, przestaje być zauważalne, popada w zapomnienie; ocala je dopiero zdjęcie z gwoździa i zastąpienie na pewien czas innym. Ale do rzeczy; tej, która wraz z innymi składa się na dzieło Mici. Jest to malunek co się zowie. Malowidło. Dlaczego właśnie to, nie inne, tak mi się podoba? I dlaczego tamto mi się nie podoba? Prawdę mówiąc, nie jest to płótno i nie malunek, lecz jest to karton, a na nim rysunek; rozmiar 21 x 29,5 cm; a więc do wyniesienia. Jednakowoż nie ukradnę go. Nie jest zresztą wystawiony w Kordegardzie. Dawno temu podarowany, stał się własnością prywatną; a poza tym jest bezbarwny. Z tym pół biedy; cała bieda, sęk, sedno — ktoś by powiedział — w tym, że splot linii nie ma krystalicznej czystości, przypomina kołtun pewnie po to, żeby przypominać cieniowaną plamę, ta z kolei wulkaniczną górę, wszystko na tle niemal pustym, bo skażonym zaledwie kilkunastoma kreskowatymi śladami rozchwianego piórka. Ten układ odpycha me oko, a umysł obojętnie je przed tym „papierem”.
Bez tytułu, jak wszystkie zresztą „prace” Mici sygnowane przeważnie „Emilia”, choć bywa, że podpis ze względów pikturalnych rozszerza się, powiększa o jedno i drugie nazwisko, z domu i po mężu, ten więc obraz o rozmiarach 80 x 100 cm, niezbyt tedy wielki, do wyniesienia, podoba mi się nie tylko przecież z tego powodu. Jest to płótno barwne; kolorowe plamy — poza poprzecznym pasem o sfalowanym konturze — są efektem pociągnięć pędzla; jego uderzenia nie rozbijają gładzi tła, w którym szarość panuje, szarość wynikła ze zmieszania ugru, ultramaryny, czerni i bieli; poziome pasmo barw, głównie czerni przemieszanej z brązem, splamione smugami fioletu i ultramaryny, dzieli tło na dwie „nierówne” połowy, bo gdy patrzy się od góry, niczym mocno pogrubiona linia widnokręgu otwiera ono część dolną. Co mnie w nim urzeka? Je ne sais pas quoi. Dobór barw i ich zespolenie, prawdopodobnie, tonacja i kompozycja. Jest on dobrze sfugowany: kolory trzymają się w sobie, kolory trzymają się ze sobą, kolory trzymają się razem; kompozycja jest tak jednorodna, tak zwarta, tak scalona, że nie widać w niej fug. Jak przy innej okazji pisała pani Joanna Pollakówna o obrazach Mici: „Te elementy, ta barwna populacja prowadząca życie intensywne a dyskretne, przybierająca pozór znaków, ostrych tropów, bazgrołów i plam — to mniejszych, to większych — nie rozrywa przecież swoją różnorodnością powierzchni obrazu. Właśnie delikatna równowaga silnych napięć, uspokojenie osiągnięte wśród nigdy nie wygasającego dramatu, stanowi jedną z pięknych tajemnic tego malarstwa”. Stanowi tajemnicę „fugajzy” Mici.
Kiedy mówię o fugajzie mam na myśli coś, co się przeciwstawia centryfudze, modelem są tutaj machiny materialne. W przypadku Mici to jej umysł, oko, ręka, pędzel, a tworzywo to barwy-farby, kontury-linie, płótna-blejtramy. Skutki działania „fugajzy” Mici można opisać, niepodobna jednak dotrzeć do ich przyczyn. Jak wiadomo, pisarze są nie najlepszymi czytelnikami swoich utworów; tak samo autorzy obrazów, rysunków czy rzeźb nie są ich dobrymi odbiorcami. Albowiem perspektywa artysty, w jakiej jego twór się jawi ante factum, nigdy nie pokrywa się z perspektywą widza, wewnątrz której post factum ogląda on ów twór. Dlatego to nie ma co pytać Mici, co chciała „powiedzieć” posługując się właśnie tą, nie inną farbą, kładąc ją w taki, nie inny sposób, nadając liniom akurat taki, nie inny tok, splatając je w ten oto węzeł; również nie ma po co mnie pytać, ani dziś ani pojutrze, dlaczego przedkładam tę jej kompozycję nad inną. Nawet gdyby Micia powiedziała: „Maluję tak, żeby podobało się Stasiowi”, nie zmieni to niczego w problemie; różni widzowie będą w różnych czasach różnie oglądać to malowidło, na swój osobisty sposób. Odbiór dzieła sztuki jest zwielokrotniony — a przez to nieprzewidywalny, także przecież dla artysty — przez nieprzebraną ilość widzów, a też czas — z chwili na chwilę, z wieku na wiek — robi swoje. Od strony spektatora rzecz biorąc, dzieło sztuki ma proteuszowe oblicze.
„To, co najgłębsze, to skóra”. Przyjmując tę maksymę można się zgodzić z interpretacyjną tezą, że na płótnach Mici toczy się „gra o głębię”. Albowiem poza warstwą farb położonych na płótnie w pewnym porządku, a tym bardziej poza płótnem, przecież nie ma zgoła nic. W tym sensie obraz jest obrazem, czymś płaskim, bez głębi, nawet tej, która charakteryzuje zbiór Mandelbrota (niektóre obrazy Mici na pierwszy rzut oka go przypominają, lecz rzut drugi, powiększający, rozproszyłby takie złudzenie). Jeśli ktoś chce, może mówić o „głębi szafiru”, tak jak można mówić o głębokim tonie czyjegoś głosu. Na przykład membrana oddaje dobrze głębię akustyki. Kiedy mówię o skórze w odniesieniu do obrazów Mici, myślę przede wszystkim o membranie. Malarskiej „membranie” oddającej drgania widzialnego. W tym sensie, sensie — jeśli wola — metaforycznym, obraz jest u Mici „skórą” widzialnego, „skórą” nie jakichś widzialnych rzeczy, ale raczej czymś informującym o widzialności jako takiej. Dokładnie to biorąc, jest skórą zdjętą z rzeczy samej, naciągniętej na ramy niczym abażur, z tym że jej pobazgranie oraz poplamienie bliższe jest tatuażowi niż naturalnemu rozkładowi linii i barw, skoro są dziełem artysty. Artysta podpatruje sekrety widzialności i odtwarza je w widocznej par excellence sferze, już to w obrazie na jego modłę, już to w rzeźbie na jej modłę.
To malarstwo ewoluuje. Bystry krytyk sztuki zapewne by dostrzegł kolejne fazy tej ewolucji, nazwałby je i opisał. Czy podałby prawo tych przemian? Nie mnie o tym mówić, nikomu zresztą, bo jakże w takiej sprawie za kogoś mówić. Od siebie mogę powiedzieć tylko tyle: autor obrazów Mici przeszedł przez wiele duchowych ćwiczeń, wiele wielorakich ćwiczeń, skutkiem czego jego malarski talent obrodził wspomagany umiejętnościami warsztatowymi, a inaczej mówiąc, działającą bez zarzutu „fugajzą” Mici. Całość tych ćwiczeń duchowych towarzyszących ćwiczeniom warsztatowym, całość historyczną, rad bym określić jako conversio a se, byle by dobrze zrozumieć znaczenie tego określenia, znaczenie historyczne. Zatroskaniu sobą powinno towarzyszyć zatroskanie innymi, zatroskanie światem, a w dodatku — to przypadek Mici — zatroskanie malarstwem. Domniemywam, że malarka spełniła tę powinność, ba, że spełnia ją nadal, a domniemywam tak nie wskutek rozmów z Micią, którą znam od niedawna i z którą spotykam się rzadko, ale opierając się na jej malunkach.
Widz jest w sytuacji trudnej, zwłaszcza kiedy jest złym widzem, no, powiedzmy niewłaściwym spektatorem w odniesieniu do danego dzieła sztuki. Może on mieć wtedy nawet wyrzuty sumienia. Albowiem człowiekowi, który robi coś cennego i do tego dla innych to robi, a nie tylko dla siebie, takiemu człowiekowi, który na dodatek tyle przeszedł w duchowej wędrówce, trudno wyznać, trudno przyznać się do tego, że wytwór jego zmagań z tworzywem i z sobą nie działa na mnie, nie bierze mnie w magiczne posiadanie. Jakby ma własna nieczułość na rzucany przez nie urok przyniosła ujmę samemu artyście. Tymczasem jest ten człowiek bez winy, a jego produkty jak niektóre kwiaty stulające koronę o zmierzchu zamykają się w sobie z braku światła bijącego ze mnie, lub inaczej, z braku nieodzownej po temu wrażliwości, bez której przedmiot artystyczny pozbawiony estetycznego oblicza, okazuje się najzwyklejszym przedmiotem.
Stojąc przed malowidłami Mici czuję się jak Epimeteusz przed podarkiem bogów, ową zagadkową beczką; na szczęście nie ponagla mnie małżonka do odpieczętowania ich tajemnicy, nade wszystko zaś nie mam przed sobą beczki Pandory. Dzieło sztuki jest zupełnym przeciwieństwem takiej beczki, nie czai się w nim żadne zło, nie jest unurzane w kłamstwie. Dlatego jest cenione, nawet wtedy, gdy się nie podoba.
Nie ma czego się więc wstydzić, gdy jedne obrazy nie zatrzymują nas wcale przy sobie, gdy przy drugich, stojąc długo, nie potrafimy powiedzieć, co nas zatrzymuje. „Masz prawo nie lubić moich obrazów, masz prawo nie wiedzieć, dlaczego jeden z nich ci się podoba, masz prawo…” — mówi do mnie Micia. Prometejska Micia.